Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 stycznia 2010

Dostałam wyróżnienie!

Po raz pierwszy w życiu otrzymałam wyróżnienie blogierskie: sympatyczny blog Babci Damurek zauważył moją "zabawę modą" i "wyciąganie talentów z ukrycia" /patrz: post/. Jest mi bardzo miło i czuję się z tym świetnie: ktoś choć przez chwilę jest tam gdzieś na łączach ze mną i z moim dziełem. To fajne uczucie, bo towarzyszy temu całkowita dowolność z obu stron. Ja nic nie muszę i ten ktoś nic nie musi. Całe swoje życie zawodowe pisałam teksty, ale robiłam to na określone zamówienie i w określonym terminie. Ktoś to też potem sprawdzał, oceniał i majstrował. Też było miło widzieć później swój tekst w gazecie, ale teraz odczuwam zupełnie inną, nieznaną wcześniej emocję. Cieszę się, że zdecydowałam się pisać blog; dzięki temu wróciła mi chęć do przelewania myśli na papier / pardon: na ekran/ , ale największa korzyść jest taka, że poznałam wspaniałe kobiety i stałam się cząstką stworzonego przez nie świata.

Dziękuję wszystkim którzy czytają mój blog i dziękuję Babci Damurek za wyróżnienie i za to że jest:-)

Teściowa

środa, 13 stycznia 2010

Zima w mieście

Zasypało nas totalnie. Mieszkam w wielkim mieście, ale w willowym dystrykcie, gdzie są wąskie małe uliczki i każdy musi sobie radzić sam. Pługi i piaskarki do nas (na szczęście) nie docierają. Brniemy więc po kolana w śniegu i przekopujemy tunele dla samochodów. Mnie się podoba:

Ten maluch to raczej musi poczekać do wiosny:)

Ogródek wygląda, jak ilustracja do bajki o Królowej Śniegu:

Stół na tarasie przemienił się w wielką czapę śniegu:

: Bodzio ograniczył swoje wizyty w ogródku do szybkiego siknięcia najbliżej jak się da /na donice/, bo dalej to już mu się brzuszek moczy w śniegu...



Centrum miasta wcale nie wygląda lepiej, tylko brzydziej. Trochę z boku od ulicy leżą hałdy śniegu...

Zrobiłam tę dokumentację wcale nie ze złości. Bardzo się cieszę,że mieszkam w strefie zmiennego klimatu i że są u nas zimy. Tak więc, oby do wiosny:-)

P.S. To też zima w mieście, dzisiaj zaświeciło słońce i tak oto wyglądają tuje i świerki w ogrodzie!

Teściowa

wtorek, 12 stycznia 2010

Bajka z internetu

Od razu się przyznam, że nie przepadam za malarstwem surrealistycznym. Nie specjalnie lubię wizje świata z płonącymi żyrafami i szufladkami w głowie. Takie obrazy mnie przerażają, są jakieś zimne, nieludzkie... Ale te obrazy są inne: są baśniowe, przyjazne, klimatyczne. Pasują mi do takiego medium, jak internet, tymbardziej, że w całości są robione, albo raczej montowane w wirtualnej przestrzeni. Robi je sobie i muzom /czy jest już jakaś muza internetu?/ pewna dziewczyna z Ukrainy, która przedstawia się jako Irena Erin. Z profilu jej sylwetki wynika, że jest prawniczką pracującą w sądzie, ma dziecko, uwielbia ludzi, szczególnie swoich bliskich, lubi Beatelsów, książki Bułhakowa, czekoladę, brunetów i jeszcze wiele innych rzeczy.
A ja lubię ją, za jej nieokiełznaną fantazję, wyczucie stylu, pomysłowość i niezwykłą wydajność: tych kompozycji jest całe mnóstwo i wszystkie powstały w ciągu ostatnich 6 miesięcy /tyle przynajmniej Irena gości na łamach Polyvore/. Wyobrażam sobie, jak po powrocie z sądu, w chwili wolnej od opieki nad dzieckiem i domem, siada przed komputerem i tworzy swoje ciepłe, pełne miłości, ciekawe obrazki.

country girl ( to KATARINA-KAJA)
"Wiejska dziewczyna"

yes, it's a woman!:)))
"Tak, to kobieta"


are we family? (for majak)
"Jesteśmy rodziną?"

sweet night in Rome
"Słodka noc w Rzymie"

surrealistic tree

"Surrealistyczne drzewo"

Nie znam Ireny Erin, nie odnalazłam jej strony w internecie, ale uważam, że mogę zapisać ją do grona kobiet niezwykłych. Jej wizje w każdym razie są niezwykłe.....

Teściowa

sobota, 9 stycznia 2010

Kocia, psia,mysia, itd. mama



Chcę dzisiaj napisać o mojej przyjaciółce Basi, która jest "mamą", "ciocią" i opiekunką wszelkiego stworzenia. Jej pasją jest utrzymywanie przy życiu i dobrostan wszystkich otaczających nas istot. Basia nie utłucze pająka, czy muchy, tylko jeszcze przyniesie im wody z odrobiną cukru, żeby się wzmocniły. To właśnie Basia dokarmia myszy w swoim garażu, dba o sadzawkę z żabami i nie pozwala ścinać gałęzi, żeby ptaki i wiewiórki miały na czym siedzieć. Ma w domu trzy psy, pięć kotów i rybki w akwarium /przenoszone na zimę z sadzawki/. Co jakiś czas pojawia się nowy kot, który "akurat pod Basi samochodem siedział zmarznięty na parkingu pod supermarketem", lub pies "który stał bezradnie na poboczu drogi". Nikt inny jakoś tego psa i kota nie zauważył, natomiast Basia owszem: i widzi, i reaguje. Potem zwierzak trafia do jakiegoś zaprzyjaźnionego dobrego domu, albo - najczęściej - zostaje u Basi i dołącza do istniejącej menażerii. Ptaki też jakoś dziwnie wypadają z gdniazd lub łamią skrzydełko właśnie na posesji Basi. Wtedy ona odwozi rannego delikwenta do ZOO lub weterynarza, albo zamieszkuje ptaszyna w pudełku do wyzdrowienia. Domowa menażeria nie ma nic przeciwko "nowemu".

Basia jest elegancką, pracującą na odpowiedzialnym stanowisku kobietą, mającą dużą rodzinę i dużo obowiązków. Jej córki mają taką samą miłość do zwierząt, jak ona, a mąż dzielnie dotrzymuje kroku. Często razem wyjeżdżamy na wakacje i muszę przyznać, że istotną część wspólnego pobytu stanowi dbałość o jakieś miejscowe, biedne zwierzę. Nie zapomnę, jak w czasie pobytu w eleganckim hotelu Basia, elegancka dama, ładowała do eleganckiej torebki resztki jedzenia, aby dokarmić miejscową kotkę z małymi. Za nic miała zdziwione czy nawet pogardliwe spojrzenia współwczasowiczów. Kotka za czas pobytu Basi otrzymała tyle wsparcia, że wykarmiła maluchy i dobrze się miała.

I to by było na tyle o Basi, niezwykłej zwykłej kobiecie...

Teściowa

piątek, 25 grudnia 2009

Ukryte talenty



Danusia z mojej ulicy pięknie pisze wiersze. Ma do tego duży literacki talent, umiejętność obserwacji i całkiem dobry warsztat: z wykształcenia jest bibliotekarką po studiach uniwersyteckich. Kto o tym wie? Nikt, poza grupką znajomych, którym napisała okolicznościowe wierszyki, no i rodziną, ale raczej tą najbliższą. Danusia zbiera i porządkuje pamiątki rodzinne, listy, kartki od ważnych i nieważnych wujów, ciotek itd. Ale zapytana o zbiór swoich utworów, powstałych na przestrzeni wielu lat odpowiada: nie gromadzę, nawet nie wiem gdzie są, kogo to obchodzi; ot, przelotne druki, które uszczęśliwiły osobę obdarowaną, bądź uświetniły uroczystość i … zniknęły.

Tereska robi piękne zielniki: zbiera kwiaty, zioła, listki i przykleja je do kartek razem z koroneczką, guziczkiem itp. To taka jej odskocznia, bo na co dzień jest księgową. Mąż łaskawie zauważa jej działalność: ale narobiłaś bałaganu! Zapytana gdzie można zobaczyć jej dzieła dziwi się: naprawdę, ktoś chciałby to oglądać? Z niedowierzaniem słucha moich zachwytów, że jej zielniczki są piękne, nastrojowe, wspaniale zakomponowane.

Basia szydełkuje ozdoby na choinkę, wielkanocne zajączki i jajeczka. Cieszy się, gdy jej brat podarowuje te cudeńka swoim znajomym. Gdy ksiądz chodząc po Kolendzie pochwalił jej twórczość, z wdzięczności wydziergała mu całą oprawę kościelnej choinki, za darmo oczywiście. Taka spragniona pochwał – komentuje jej znajoma.

Co łączy te trzy opowieści? To że wszystkie trzy dotyczą kobiet w tzw. pewnym wieku, których sprawy już dawno zeszły na daleki plan, jeżeli w ogóle kiedykolwiek były na innym. Faceci na ich miejscu celebrowaliby swoje hobby, zamykaliby się w pokoju na długie godziny, z dumą prezentowaliby swój wielki dorobek i wyjątkowość dokonań. Zakładaliby stowarzyszenia i zostawaliby ich prezesami. Dlaczego tak jest? Czy kobiety nie potrafią się lansować, doceniać siebie i tego co robią? Czy mają aż tak niską samoocenę, albo nie potrzebują aprobaty i uznania? Odpowiedzcie sobie same…..

Otwieram podwoje swojego bloga dla wszystkich kobiet, które uprawiają twórczość gdzieś po kątach w domu i nikt tego nie widzi! Przyślijcie maila na adres: tesciowaszfiary@gazeta.pl i pokażcie co robicie! Może wyniknie z tego coś fajnego!

Teściowa

niedziela, 13 grudnia 2009

Popieram kobiety

Na niedawnych imieninach Barbary siedziało sobie małe grono zaprzyjaźnionych od lat kobiet. Żadna z nas nie jest zawodową palaczką, ale miałyśmy ochotę zapalić papieroska. Na imprezie tak wespół w zespół to smakuje i pasuje. No i zapaliłyśmy… Od tej chwili do naszej grupki, którą nikt się wcześniej nie interesował, zaczęli podchodzić mężowie L / od czasu do czasu palący / i wyrażać burzliwą dezaprobatę dla naszej niesubordynacji. Zaczęli nas besztać, jak jakieś małe dziewczynki, albo raczej jak właściciele niesfornych szczeniaków. Miłe, co? Niektóre a nas przestraszyły się i „zeszły do podziemia”, czyli zaczęły ukrywać papierosa w zamkniętej dłoni, jak w szkole na przerwie, niektóre pośpiesznie zgasiły peta…. Niegrzeczne dziewczynki, be…

Rozpisuję się tak o tym, bo zdarzenie to stało się powodem bardzo ciekawej konstatacji. Zaraz, zaraz, a gdyby tak wydarzyła się sytuacja odwrotna: czy któraś z nas zakłóciłaby panom wspólne chwile z niezdrowym nałogiem? Czy czułybyśmy się upoważnione pouczać ich i czegoś im zabraniać? Jak byłybyśmy przyjęte: wściekłe jędze, czy czułe żony troszczące się o zdrowie swoich mężusiów? Jakoś żadna z nas nie miała wątpliwości, jak by było. Dlaczego mężczyznom wolno więcej, dlaczego robią co chcą i się nie przejmują, a my zawsze staramy się podporządkować czyimś wymaganiom i jeszcze czujemy się winne? Dotyczy to oczywiście znacznie ważniejszych spraw, niż palenie bądź nie palenie papierosów na imprezie. Najbardziej potulny pantoflarz też ma mniemanie, że to czego on chce i co on robi, jest ważniejsze, niż to czego chce i co robi jego partnerka. Mało tego, my same nieraz łapiemy się na tym, że męską dominację uważamy za naturalny porządek rzeczy. W towarzystwie błyszczą mężczyźni: to oni mówią najwięcej i najgłośniej. Ich sprawy i opinie są „ważne” i „interesujące dla wszystkich”. Tak w życiu domowym, jak i w życiu publicznym.

Powstało w nas zarzewie buntu. Nie musi tak być. Możemy trochę zamieszać w tym męskim świecie. Dajmy sobie głosJ skoro nie można inaczej, to poprzez przyznanie nam parytetu na listach wyborczych! Do 22 grudnia zbierane są podpisy na listach, które trafią do Sejmu. Wejdź na stronę http://www.kongreskobiet.pl/ i zastanów się co możesz w tej sprawie zrobić!

środa, 9 grudnia 2009

Zmiany, zmiany, zmiany

Zmieniłam szablon swojego bloga po tym, jak zobaczyłam na innym ekranie kolor tła, który wybrałam na początku. U mnie jest to piękna złota ochra, ale niestety na zaprzyjaźnionym komputerze zmienia się ona w jakiś taki nijaki seledynowo-zielony. Jeżeli tak jest również na innych ekranach to zgroza! Przeraziłam się efektem, jaki daje to w połączeniu ze zdjęciami i podjęłam heroiczną decyzję zmiany wizerunku mojej strony. Bardzo przepraszam wszystkich, którzy przyzwyczaili się do poprzedniego szablonu, ale myślę, że zmiana wyjdzie na dobre. Nowy projekt zawiera mniej ryzykownych kolorów i może jest też bardziej przejrzysty.

A poza tym:) ja piekielnie kocham zmiany!

Na dobry początek nowego wizerunku przesyłam zdjęcia zimy marzeń: w Bieszczadach, na Mazurach i w Szwajcarii! I oczywiście Bodzio w bieli śnieżnego puchu...
..Te wszystkie cudowne widoki dzieją się na Mazurach... Bodzio biega po zamarzniętym jeziorku przed domem. Na tym to jeziorku przeżywał swoje letnie przygody..../ patrz: zwierzaki/

A to Szwajcaria miejscowość Zermat pod Maternhornem / to ta piękna graniasta góra/. Bodzio wybrał się na narty... Nota bene: bardzo nie lubi snowbordzistów:) goni za nimi i ujada....


Bieszczady w Sylwestra w drodze na Bukowe Berdo; i widok z góry na Ukrainę...... Bajka, która się zdarzyła.....

Teściowa

poniedziałek, 26 października 2009

I w Paryżu...cz.2

Pierwsza refleksja z rajdu po sklepach w Paryżu jest taka, że tanie i popularne zdecydowanie wypiera drogie i ekskluzywne. Na flagowych dla miasta Polach Elizejskich pojawiła się Zara i Morgan, na Saint Germain H&M i inne firmy zupełnie kiedyś nie kojarzone z francuskim światem mody. I w tych sklepach kłębią się tłumy Francuzów i turystów spragnionych… paryskiego szyku. Ceny w okolicach 50 i 100 euro. Jest to niewątpliwie znak czasu i obyczaju. Kryzys też pewno robi swoje. W nieśmiertelnej Galerii Lafayette na bulwarze Haussmanna jak zwykle pięknie i bogato, ale wrażenie psują liczne zabezpieczenia przeciwkradzieżowe, w postaci łańcuchów, którymi przytwierdzone są torebki oraz chmary ochroniarzy, śledzących każde poruszenie towaru. To też znak czasów. Niestety.


Wśród firm sieciowych wyróżnia się COS, sieć sklepów z modną odzieżą dla każdego, z przewagą konfekcji dla młodych. Bardzo miły sklep tej sieci znajduje się w dzielnicy Marais na Rue des Rosiers. Można tam znaleźć ciekawie skonstruowane /tak, to odpowiednie słowo/ swetry, bluzki i sukienki. Czasami trudno zorientować się, jak to założyć i gdzie jest przód a gdzie tył, ale o to przecież chodzi w zamaszystej modzie draperiowo-fałdkowej. Materiały różne – od jedwabiu po bawełniany trykot no i od tego też zależy cena, na ogół poniżej 100 euro. Ulica Rosiers /metro Saint Paul/ jest nowym, wielce obiecującym adresem na modowej mapie stolicy Francji.Obok wspomnianego COS-a i istniejącego od lat butiku Lolity Lempickiej, coraz więcej fajnych młodych firm decyduje się na tę lokalizację.


Nieco z dala od turystycznych szlaków nadal istnieje, ale nie jestem pewna czy ma się dobrze, tzw. średnia półka paryskiego disainerstwa. Tworzą ją projektanci, rozpoznawalni dzięki indywidualnej estetyce opartej na rozmaitych inspiracjach. Może to być malarstwo, lokalny folklor, literatura itp. Zawsze oczywiście są jakieś odniesienia do obecnych trendów, ale nie one dominują. Liczy się pomysł i typowo paryskie wyczucie koloru i stylu. Bardzo spodobały mi się projekty Didiera Parakina, paryskiego projektanta włoskiego pochodzenia, który „rozpracowuje” malarstwo wielkich mistrzów: Chagala i Miro. Bardzo piękne kolorowe materiały w ciekawych fasonach. Ceny niestety w okolicach 1000 euro, adres: Place des Victories.

No i na koniec wielcy krawcy, których można głównie pooglądać, bo ceny idą już w tysiące. W butikach na George V i avenue Montaigne, gdzie mieści się Dior, Givenchy, Sonia Rykiel i inni znani z wybiegów, pusto i przestronnie. Piękne okazy dzieł sztuki krawieckiej wiszą sobie specjalnie nie niepokojone przez spragnione klientki. W tej grupie bardzo wyróżnia się pod względem formy i dostępności, Kenzo, będący pomostem między poprzednią kategorią i „wielkimi”. W tym roku Kenzo oszalał na punkcie folkloru rosyjskiego i w tym duchu proponuje bardzo piękne rzeczy a na wystawie posadził olbrzymią Matrioszkę.


O czym donosi

Teściowa

niedziela, 25 października 2009

I w Paryżu....

nie zrobią z Teściowej ryżu…. Albo właściwie sama nie wiem, odkąd jadłam tam sałatę nicejską z ryżem i nazywała się ona Parisien Salade. Nie wiem jak oni to robią, ale tam najdziwniejsze kompozycje /np. szklane piramidy w Luwrze/ jakoś wychodzą, a kosz na śmieci w połączeniu z grafiti nawet może wyglądać ładnie...

Kolorowy zaułek w dzielnicy Marais - nic nie jest w stanie odebrać uroku temu miejscu...

Tak, tak, byłam w Paryżu przez kilka dni na wyjeździe pod hasłem „co w trawie piszczy”, no i tak żeby troszkę podreperować wiarę w sens istnienia wielkich miast. Zawsze twierdzę, że Paryż powinien być przepisywany na receptę wszystkim tym, którzy nie mogą już patrzeć na szarzyznę i brzydotę swojego wielkomiejskiego otoczenia. W stolicy Francji przekonają się, że zawód architekta i urbanisty był i jest zajęciem twórczym a pomniki i rzeźby plenerowe mogą być ładne i zdobić a nie przerażać. No i zieleń miejska jakoś dziwnie świeża o każdej porze roku.

Cudownie jest usiąść w kawiarnianym ogródku, wprost na ulicy i pogapić się na przechodzących ludzi. Na bulwarze Saint Germain jest to przyjemność szczególna, bo widzi się wszystko co „na ulicy piszczy” z pierwszej ręki. Pomysłowe, odważne dziewczyny, kolorowy tłum studentów, panie i panowie w średnim i nieco bardziej zaawansowanym wieku, ubrani z pomysłem, z poczuciem koloru i formy. Żadnej przesady, blichtru, ale też nie nudno, nie byle jak, nie bezbarwnie.

Popstrykałam kilka zdjęć ukrytym telefonem na dowód swojej obserwacji. Chodziło mi o kolor, którego nie boją się i mężczyźni i kobiety, i młodzi i starzy. I to jest chyba jedna z podstawowych różnic między ubiorem osób w tzw.średnim wieku +, tam i u nas. Na ulicach polskich miast rzadko zobaczymy starszą panią w różowym płaszczu a mężczyzna w takimż swetrze to już w ogóle byłby co najmniej dziwolągiem. A w Paryżu i z faceta w różu nie zrobią ryżu.. Młodzieniec na zdjęciu niżej to nie policjant ani strażak, ale modnie ubrany gość, który wie co w modzie słychać /trend mundurowy/.

.

Dalsze obserwacje wkrótce

Teściowa w podróży

piątek, 16 października 2009

Pogoda też się myli


Wczoraj rano donica z kwiatami na moim tarasie wyglądała tak: niby pięknie, ale zima jesienią jest jednak nie do przyjęcia mimo urody zjawiska.


No i od razu przypomniały mi się koty w Nowym Jorku. Byłam tam w zeszłym roku w marcu i trafiłam na temperatury iście biegunowe. Minus jedenaście przy hulającym po ulicach wietrze robi w tym kamiennym mieście wrażenie. Upiór, tymbardziej, że nie spodziewałam się takiej zimy wiosną. Nie tylko ja zresztą. Koty, które w marcu zajmują się zwykle zupełnie czym innym, siedziały w takich oto ubrankach. Aż się prosiło, żeby je sfotografować.


Oby do wiosny!
Teściowa

niedziela, 11 października 2009

Więcej niż jedna noc w Bangkoku


Moja młoda przyjaciółka wyjechała wraz z córeczką do Bangkoku, do męża, który został tam służbowo oddelegowany ze swojej firmy. Skok na dość głęboką wodę, zważywszy na różnice klimatyczne i kulturowe. O swoim życiu w Tajlandii, o przygodach i doświadczeniach Gosia postanowiła pisać /przyznaję że za moją również namową/ na specjalnie utworzonym do tego celu blogu o wielce obiecującym tytule "More Then One Night in Bangkok". Myliłby się jednak ten, kto oczekiwałby na blogu elektryzujących relacji z nocnego życia stolicy Tajlandii. Ten blog to niezwykle ciepła, rodzinna opowieść o dwóch wysokich blondynkach w różnym wieku, które znalazły się wśród śniadych, kruczowłosych tubylców, w zupełnie nowych okolicznościach. Młodsza z blondynek Lenka kończy akurat 2 latka i odwiedza kolejno: tajskie przedszkole, plac zabaw, park rozrywki, hotelowy basen itp.itd. Starsza blondynka Mama we wszystkim jej towarzyszy z aparatem fotograficznym i z oczami i uszami szeroko otwartymi. Wzrusza mnie ta opowieść, bo jest taka, jak Gosia, jej Mama, jej Tata, jej Siostra: prawdziwa, naturalna, nieudawana. To jeszcze jeden dowód na to, co w życiu człowieka znaczy dobre, rodzinne wychowanie, które przenosi się na następne pokolenia. Wierzę, że Lenka będzie w przyszłości taka, jak Gosia, czego jej gorąco życzę w jej tajskie urodziny!

P.S. Przesyłam zdjęcie ze wspólnej Wielkanocy 2007, kiedy to Lenka była jeszcze w brzuszku, za tym wielkim bukietem tulipanów.


Teściowa

niedziela, 30 sierpnia 2009

Matki, żony, frustratki

Trzy książki wybitnych autorek są właściwie o tym samym: o tym, czy kobieta mająca rodzinę, dzieci, męża, ma prawo żyć swoim własnym życiem, i czy w ogóle potrafi. Wróciłam do tych lektur pod wpływem dyskusji, odbywającej się na łamach „Wysokich Obcasów” po artykule zatytułowanym „Matki, żony, frustratki”. Rzecz dotyczy kobiet, „skazanych” na dzieci i domowy kierat. Wiele z nich nie może się odnaleźć w tej roli, przeżywają depresje, załamania i bunt. Że sprawa nie jest nowa, świadczą poniższe lektury.


Zeruya Shalev, izraelska pisarka, jest najmłodszą w tym zestawie. Jej książka „Po rozstaniu” traktuje o kobiecie, która opuszcza swojego męża, obarczając go winą za wszystkie swoje frustracje. W wieku trzydziestu sześciu lat postanawia stać się silną, niezależną kobietą. Czy jej się to udaje, czy jest to w ogóle możliwe, gdy w grę wchodzi dziecko, jej sześcioletni synek? Wszyscy wokół potępiają ją za egoizm, bo przecież dziecko cierpi, bo chciałoby mieć obojga rodziców. Jaką miarą mierzyć więc słuszność decyzji o rozstaniu? Czy pytać o to dzieci? Jaka jest granica poświęcenia własnego dobrostanu? Jednej odpowiedzi na te pytania oczywiście nie ma.



Druga książka autorstwa wybitnej pisarki kanadyjskiej Alice Munro to zbiór opowiadań, z tytułową „Uciekinierką” na czele. W każdym z nich kobiety dokonują wyborów, albo raczej los dokonuje ich za nie. Rolą kobiety jest podporządkowanie się zaistniałym okolicznościom. Najbardziej śmiałą decyzję podejmuje bohaterka pierwszego opowiadania, postanawiając uciec z monotonii życia małżeńskiego na farmie. Organizuje śmiałą ucieczkę, w czym pomaga jej sąsiadka. Wyzwolona, radosna, odmieniona wsiada do autobusu, wiozącego ja do Toronto i… w połowie drogi załamuje się, nie wytrzymuje napięcia związanego z nową sytuacją. Zatrzymuje autobus i pośpiesznie wraca do domu. Przez resztę życia wspomnieniem tej chwili będzie bolesne kłucie w piersi. Ale przecież można nie oddychać zbyt głęboko…..



„Lato przed zmierzchem” napisała dziś już dziewięćdziesioletnia noblistka Doris Lessing. Stawia ona pytanie, czy kobieta, która wychowała czworo dzieci, potrafi jeszcze żyć własnym życiem? Czy potrafi oderwać się od roli matki i stać się na powrót kochanką? Takie sytuacje przytrafiają się pewnego lata czterdziestoletniej Kate, której atrakcyjna kobiecość od dawna ukryta jest pod maską przypisanej jej roli wzorowej żony i matki. Czy jej się udaje? No niestety nie jest to takie proste.

Gorąco polecam te książki.

Zawsze Wasza Teściowa

wtorek, 18 sierpnia 2009

Czy można żyć bez mody?

Na jednym z blogów szafiarskich, które lubię odwiedzać /O modzie subiektywnie/, przeczytałam niedawno dyskusję o pewnym zmęczeniu lub zniecierpliwieniu w nadążaniu za wszystkimi nowinkami, pojawiającymi się w modzie. Konkretnie chodziło o wymodelowane w nienaturalny sposób ramiona, który to terend zaznaczył się w modzie jeszcze zeszłej jesieni. Kilkanaście osób wypowiedziało się, że nie widzi siebie w wypoduszkowanych w ten sposób płaszczach, żakietach czy sukienkach. No bo czy to jeszcze będą one, czy zupełnie ktoś inny, komu się na przykład taka moda zupełnie nie podoba? Ucieszyły mnie te wypowiedzi, bo świadczą o tym, że dziewczyny mają twórcze, krytyczne podejście do tematu, ale też i trochę rozbawiły, bo mam w tej kwestii własną refleksję, popartą doświadczeniem i wysługą lat. I tym chciałabym się teraz podzielić.

Może niektóre z Was z trudem to sobie wyobrażą, ale pamiętam w modzie moment pojawienia się spódniczek mini i spodni dzwonów. Cóż to była za rewolucja i jakie wtedy pojawiały się reakcje i komentarze. Że wstrętne, że deformują sylwetkę, zaburzają proporcje i nikt normalny, a już na pewno elegancka kobieta, tego na siebie nie włoży. No i co? Potem przeżyłam jeszcze dziesiątki takich rewolucji: pokochałam wąskie ramiona i obcisłe rękawy, a tu bach - zmiana na szerokie i luźne; lubiłam szerokie spodnie z zaszewkami a tu nagle modne są wąskie rurki; krótkie żakiety i znowu długie, itp.,itd. Za każdym razem, gdy pojawiała się istotna zmiana, na początku bardzo mi się nie podobała i wydawała się niemożliwa do przyjęcia. Nowa sylwetka raziła w oczy i przeszkadzała.

Ale - zawsze - i bardzo to podkreślam: zawsze! -do czasu. Nagle, znienacka, łapałam się na tym, że nie wiem, co mi się podoba w zobaczonej na ulicy, czy gdzieś indziej dziewczynie, że nie potrafię tego zdefiniować. Skądś to znam, ale jest jakieś inne, obce. Odpowiedź była zawsze ta sama: ta kobieta ma na sobie coś zgodnego z aktualnie lansowanym trendem. I nagle nowa sylwetka zaczynała nabierać niespodziewanych wcześniej walorów: lubię to, tylko tak i nie wiem jak mogło być inaczej. Oczywiście do czasu następnej zmiany. Czy to ma sens? Czy jestem zwariowaną niewolnicą mody? Myślę, że nie. Samo zresztą to co napisałam świadczy o tym, że nigdy nie należałam do ślepej awangardy. Po prostu - tak jak inni, przyzwyczajałam oko i stopniowo akceptowałam zmiany. I tak będzie z wypchanymi ramionami i dziwnymi kształtami poduszek. Jestem pewna, że wszystkie szafiary to zaakceptują. I to dużo szybciej, niż inni.

P.S. Na szczęście moda jest teraz bardzo łaskawa przez swój eklektyzm.

Zawsze Wasza Teściowa

wtorek, 11 sierpnia 2009

Przytulny świat

Przez polską prasę przewija się właśnie dyskusja na temat chamstwa i niszczycielskiej siły Internetu. Oczywiście to okropne i niesprawiedliwe, gdy obelgi wypisywane bezkarnie w sieci, niszczą komuś życie. Ale na szczęście jest to tylko patologiczny margines społeczny, który zdarza się w każdej rzeczywistości. I jak zawsze – jest hałaśliwy, bolesny i dobrze widoczny.

Dla mnie Internet jest wspaniałym źródłem wiedzy o współczesnych kobietach, ich rodzinach, ich życiu. Dzięki rozmaitym blogom mam dostęp do kobiet w różnym wieku, z różnych stron geograficznych. Nigdy wcześniej nie wiedziałabym, że jakaś Betty ma pieska, dla którego lubi robić ubranka na szydełku, albo że jakaś dziewczyna jeździ po całym świecie i zagląda w kąty, w które nikt nie patrzy. Jakiż intymny, przytulny świat wyłania się z tych wszystkich wypisywanek na temat domowych robótek, wyglądu zwykłych przedmiotów, zachowania psich i kocich pupilów, zachwytów nad kolorem jagód czy czereśni. Ktoś powie, że te baby nie mają co robić i piszą o niczym, zapełniając i tak już przepełnioną sieć. Ale te wszystkie słowa, skierowane między innymi do mnie, dają mi poczucie jedności i wspólnoty z całym światem kobiet, które myślą podobnie jak ja, które chcą dostrzegać i kreować piękno w najprzeróżniejszych formach, które siedzą w domu, bo dzieci, bo wnuki, bo emerytura, bo nikt nas nigdzie indziej nie chce. Internet to jest nasz świat, całkowicie wolny, dostępny i przyjazny.

Dziś kilka adresów moich ulubionych blogów angielskojęzycznych:

- Madness and Beauty prowadzony przez Kanadyjkę, która podróżuje po krajach południowo-wschodniej Azji i Australii i robi zdjęcia światełkom pięknie układającym się we wzorek na lotnisku w Taipei

- Betz White która jest pisarką, projektantką i propagatorką techniki hand made w otaczającej nas przestrzeni; ubiera świat w patchworki

- Posie Gets Cozy prowadzony przez Alicię Paulson, która przed kilkoma laty rzuciła posadę wydawcy i rozpoczęła przygodę z własną firmą Rosy Little Things, będącą „jednoosobowym studiem”, kreującym „jednoosobowe prezenty i aranżacje wnętrz”.

- Wise craft prowadzony przez Blair z Seattle, która jest mamą dwojga dzieci i siedzi teraz w domu a przedtem była projektantką. W 2005 utworzyła blog, w którym daje upust nieokiełznanej fantazji w dziedzinie szycia, szydełkowania i innych domowych robótek. Ma mnóstwo czytelników a nawet sponsorów.

No i nasz polski hand made:

- Hande Made Fashion by MG prowadzony przez Małą Gosię blog dzierganych kreacji na drutach i szydełku.

O czym z przyjemnością pisze

Zawsze Wasza Teściowa

czwartek, 16 lipca 2009

Co ja robię tu?

Moja synowa jest szafiarą. Dzięki niej dowiedziałam się że takie słowo istnieje i co oznacza. W świecie realnym, to osoba, która bawi się modą, wie co w trawie piszczy i potrafi najnowsze trendy wcielić w życie, niekoniecznie za duże pieniądze. W wirtualnym – to ktoś, kto prowadzi bloga, czyli swoją prywatną gazetę o modzie właśnie. Szafiara ma więc przypuszczalnie okazałą szafę, której zawartość przedstawia do wiadomości publicznej. Ale nie tylko o zawartość szafy chodzi. W szafiarstwie /chyba takie słowo też może istnieć/ liczy się pomysłowość, dobry gust i umiejętność przedstawienia swoich propozycji.

Szafiarą w Polsce i nie tylko, zostaje się na ogół przed trzydziestką, albo i jeszcze wcześniej. To zrozumiałe, to najlepszy target wszystkich sklepów ciuchowych, pokazów mody i zdjęć w magazynach. No i komputer, Internet, sieć to również medium młodych.

Ale uwaga! – ja również mam zamiar zostać szafiarą i liczę na to, że nie na daremno. Jako teściowa szafiary, mam mniej więcej o połowę lat więcej, ale myślę, że nie ja jedyna w „tym” wieku wcale nie utraciłam zainteresowania i zamiłowania do ciuchów i zabawy w modę. Tak więc ogłaszam istnienie blogu nowej, dość dorosłej szafiary!!!! Będę pisać o modzie, obyczajach, życiu naszym codziennym. Przysięgam, że nie będę ględzić i nudzić. Serdecznie zapraszam!!!